podróż

Czy trzeba być odważnym, żeby podróżować?

Nie, ale… warto mieć odwagę do śmiania się z siebie.

Patrzysz na zdjęcia z podróży i myślisz: „Ale im fajnie, beztrosko, rajsko!”.
No i masz rację – fajnie jest. Czasem. A czasem… pot cieknie po plecach, walizka zgubi się w Dubaju, woda butelkowana okazuje się… nie do końca butelkowana, a ktoś właśnie zaprosił Cię na „romantyczną przejażdżkę skuterem” bez kasku i w środku nocy.

Czy trzeba być odważnym, żeby podróżować?
Nie. Ale dobrze mieć:
– odwagę zapytać o drogę,
– odwagę powiedzieć „nie”,
– i odwagę… śmiać się z własnych wpadek, nawet jeśli właśnie siedzisz w sandałach w błocie po kolana i próbujesz przypomnieć sobie, czy ty aby na pewno masz szczepienie na tężec.

Instagram to kłamczuch

Nie jesteśmy podróżniczkami z katalogu.
Nie budzimy się w jedwabnej piżamie z idealną cerą i kokosową wodą na nocnym stoliku z widokiem na ocean.
My budzimy się z odciśniętym wzorem od poduszki na policzku, zaschniętym filtrem 50 na brodzie i pytaniem: „Co to za dźwięk? To gekon czy pralka?”

Na naszych zdjęciach często widać uśmiechy. Bo śmiejemy się dużo – z siebie, z sytuacji, z życia. Ale zanim zrobi się zdjęcie, zwykle dzieje się cały ten chaos za kulisami, którego nikt nie widzi:
– jeden telefon już się rozładował,
– drugi przegrzał,
– wiatr zdmuchnął kapelusz,
– a obok ktoś krzyczy coś po arabsku, co może oznaczać „uważaj, za tobą wielbłąd”.

Czy się boimy? Oczywiście!

– Boimy się, że samolot nie zdąży.
– Boimy się, że w hostelu będzie pająk większy niż nasze sumienie.
– Boimy się, że zgubimy się w tłumie, że oszuka nas taksówkarz, że nie zrozumiemy nic z szyldów.
I czasem się gubimy. I czasem nas oszukują. I czasem… jesteśmy zbyt zmęczone, by się tym przejmować.

Ale potem przychodzi moment – zachód słońca, smak czegoś, czego nigdy wcześniej nie jadłyśmy, rozmowa z kimś, kto zna trzy słowa po angielsku, a i tak rozumiemy się doskonale – i wiemy, że to wszystko ma sens.

podróż

Nie trzeba być odważnym

Nie trzeba być odważnym, żeby podróżować.
Trzeba być ciekawym świata. I gotowym na to, że nie wszystko pójdzie zgodnie z planem.
Trzeba być trochę naiwnym – w dobrym sensie. Ufać, że ludzie są w większości dobrzy.
Trzeba mieć luz. I śmiech pod ręką – dużo śmiechu.

A przede wszystkim: trzeba być sobą.

Nie musisz znać pięciu języków, mieć super sprzętu ani listy „50 miejsc, które musisz zobaczyć przed śmiercią”.
Musisz tylko chcieć zobaczyć coś poza swoją ulicą.

A więc: czy jesteśmy odważne?

Nie.
Ale jesteśmy wystarczająco szalone, żeby kupić bilety, zanim zdążymy się rozmyślić.
I wystarczająco zorganizowane, żeby pamiętać o apteczce.
I wystarczająco pokorne, żeby przyznać: świat czasem nas przerasta. Ale to w porządku.

Bo każda podróż to trochę strach, trochę chaos – i bardzo dużo pięknych momentów, których nie da się opowiedzieć. Ale i tak będziemy próbować.

A Ty? Co Cię najbardziej stresuje przed podróżą – i co pomaga Ci to przełamać? Daj znać w komentarzu – może okaże się, że nie jesteś jedyny/a z tym plecakiem pełnym emocji!