Santorini

Pierwszy dzień w nowym kraju – co robimy zawsze, zanim rozpakujemy walizkę...

czyli blondynki na tropie: waluty, plaży i czegoś do zjedzenia!

Nowy kraj. Nowe zapachy, nowe twarze, nowa strefa czasowa i… ten moment, kiedy stoisz z walizką pod palmą i zastanawiasz się: „To my tu teraz mamy mieszkać przez tydzień?” Pierwszy dzień w podróży to mieszanka ekscytacji, zmęczenia i chaosu. I choć każda nasza wyprawa jest inna – mamy kilka żelaznych rytuałów, które pomagają nam nie zgubić głowy (i siebie nawzajem) zaraz po wylądowaniu.

Nie znajdziesz tu porad w stylu „rozplanuj dokładnie każdy krok i przeczytaj o wszystkich zabytkach”. Zamiast tego – oto nasze realne, przetestowane i trochę dziwaczne zasady pierwszego dnia.

1. Nie rozpakowujemy się. Serio.

Wiemy, że kusi. Że chcesz rzucić się na łóżko, wyjąć wszystkie sukienki i zapytać siebie, czemu znowu zabrałaś 5 par butów.

Ale my mamy zasadę: najpierw teren, potem szafa.

Zanim zaczniemy się urządzać, robimy krótki rekonesans. Dlaczego? Bo walizkę można zawsze rozpakować wieczorem – a słońce, energia i pierwszy entuzjazm nie poczekają.

2. Wymiana waluty – od razu, bez negocjacji

Nasze hasło: „Bez gotówki, nie ma wakacji”.
Bo już się nauczyłyśmy, że karta może nie działać. A „zrobię to jutro” kończy się zwykle tym, że jutro kupujesz kolację za pożyczone drobne od sprzedawcy magnesów. Szukamy najbliższego kantoru, bankomatu albo chociaż kiosku z możliwością wymiany. I robimy to ZANIM wpadniemy w wir zachwytów, zdjęć i „ooo, jak tu pięknie!”

3. Szybki zwiad: gdzie my w ogóle jesteśmy?

Mapa w telefonie? Tak. Ale najpierw – oczy i nogi.
Obchodzimy okolicę hotelu. Patrzymy, gdzie jest plaża, sklep spożywczy, przystanek, apteka i… najbliższa kawa.

Nie musimy od razu wiedzieć, gdzie jest ambasada i pomnik narodowego bohatera – wystarczy, że wiemy, gdzie kupić wodę i kto sprzedaje najlepsze mango na rogu.

Paparazzi

4. Pierwsza lokalna przekąska – obowiązkowo

Nie, nie jemy nic z samolotu. I nie uznajemy batona z torebki za pierwszy posiłek w nowym kraju. Zawsze, zawsze, szukamy czegoś lokalnego. Nawet jeśli nie wiemy, co to dokładnie jest.
Zanzibar? Chapati i kokosowy sos.
Egipt? Falafel i chaotyczna kawa z pianką.
Azja? Coś, co wygląda jak naleśnik, smakuje jak deser, a kosztuje mniej niż magnes.
To nasz sposób, żeby od razu poczuć, że jesteśmy gdzieś indziej – nie tylko ciałem, ale też kubkami smakowymi.

5. Orientacja pt. „Gdzie jesteśmy i gdzie jest plaża?”

Nie ukrywajmy – nasze podróże często mają dwa główne punkty odniesienia:
🧭 „Gdzie jesteśmy?”
🏖 „Gdzie jest plaża (albo basen, albo coś, co przypomina wodę i relaks)?”

Gdy tylko to ustalimy – czujemy się bezpieczne. Bo nawet jeśli zgubimy drogę, wiemy, dokąd chcemy wrócić. A mapa z plażą jako centrum wszechświata to najlepsza mapa, jaką miałyśmy.

szafa

6. Ogarniamy najbliższe „awaryjne potrzeby”

Brzmi nudno, ale działa.
Zanim wciągnie nas przygoda:
– kupujemy wodę,
– sprawdzamy, czy w pokoju działa klimatyzacja,
– ustalamy, gdzie jest ładowarka,
– testujemy Wi-Fi (albo godzimy się z jego brakiem),
– i zapisujemy najbliższe „jak coś pójdzie nie tak”.

To 15 minut, które uratowało nam już niejedną podróż.

A dopiero potem…

Rozpakowujemy walizki.
Rozwieszamy sukienki.
I wtedy możemy powiedzieć: „Tak, jesteśmy. Możemy zacząć przygodę.”

A Wy? Co robicie w pierwszym dniu podróży – zanim włączycie tryb turysty pełną parą? Macie swoje rytuały? Podzielcie się w komentarzach – może podłapiemy coś nowego na kolejny wyjazd!